Wypożyczalnie hulajnóg nie zarabiają. Dlaczego ich przybywa?

Zapewne wielu myśli, że wypożyczalnia hulajnóg elektrycznych to niezły biznes. Wszak tak to wygląda na pierwszy rzut oka; pieniądze same się robią, systemy informatyczne obsługują cały proces, a i znaleźli się ludzie od zbierania i ładowania hulajnóg. Ale jest pewien minus, dosyć poważny.

Ile zarabiają wypożyczalnie hulajnóg elektrycznych?

Nic nie zarabiają. Przynajmniej teoretycznie wypożyczalnie elektrycznych hulajnóg nie mają prawa zarabiać, co wynika z prostej kalkulacji. Bowiem zakup jednego pojazdu to wydatek rzędu 2 tys. złotych. Skoro godzina wypożyczenia kosztuje 27 zł, to od godziny 8 do 20 na konto wypożyczalni wpłynie 324 zł, z czego połowę należy przeznaczyć na koszty prowadzenia tej działalności, czyli na naprawy, ładowanie sprzętu, zbieranie, podatki i obsługę informatyczną. Na czysto wyjdzie prawdopodobnie 150 zł.

Wypożyczalnia mogłaby zarobić 150 zł dziennie na jednej e-hulajnodze, ale (ponoć) to niemożliwe.

Wydawałoby się, że to nie taki najgorszy interes, bo po 15 dniach koszt hulajnogi, by się zwrócił i zaczęłaby ona wreszcie zarabiać. Ale, jak zauważa portal Wprost.pl, tak się nie stanie, bo hulajnoga nie dożyje okresu, w którym zacznie zarabiać.

Dlaczego wypożyczalnie nie zarabiają?

Wypożyczalnia Bird informuje, że zakup jednej hulajnogi kosztuje 551 dolarów, czyli ponad 2 tys. zł. Z wyliczeń wynika, że aby zarobić na hulajnodze, potrzeba 5 wypożyczeń urządzenia dziennie przez 5 miesięcy. Bowiem, hulajnogi w ciągu doby są kilkakrotnie zwracane i czekają na kolejnego klienta, potem zaś są ładowane, więc w ciągu dnia są używane kilka, a nie kilkanaście godzin. Największym problemem jest jednak to, że każda hulajnoga w końcu musi się zepsuć.

I właśnie problem w tym, że dostępne na ulicach e-hulajnogi nie są w stanie przetrwać tego pierwszego okresu, po którym generowałyby czysty zysk. Wprost cytuje dane z USA, które wykazały, że rzadkością jest sytuacja, w której hulajnoga elektryczna jest zdatna do użytku dłużej niż miesiąc. Bird zarabiał bowiem tylko 67 dolarów na hulajnodze, co oznacza, że na jednym urządzeniu firma traciła ponad 290 dolarów.

Więc dlaczego wypożyczalni przybywa?

Na to pytanie nie ma stuprocentowo jasnej odpowiedzi. Być może:

  1. Wypożyczalnie są w okresie inwestowania i zdobywania rynku. Więc kto przyciągnie więcej klientów ten zdobędzie rynek.
  2. Opłata startowa za wypożyczenie generuje przychód, który niweluje wiele kosztów.
  3. Ceny hulajnóg spadają i przy hurtowym zakupie osiągają cenę 1500 zł, a być może za rok będzie jeszcze taniej.
  4. Wprowadzenie reklam na hulajnogach przyniosłoby dodatkowy zysk.

Jak widać powyżej, straty wypożyczalni mogą być jedynie plotką dziennikarską, a biznes może okazać się bardzo opłacalny już za 2 lata.

Przeciwników wypożyczalni przybywa

Codziennie słyszymy o problemach związanych z niedostosowaniem przepisów do poruszania się hulajnogami elektrycznymi. Więc dosyć ciekawym zjawiskiem jest ekspansja wypożyczalni, przy jednoczesnym braku stosownych przepisów drogowych. Warto zaznaczyć, że niewiele jest inwestycji w biznes, który teoretycznie nie ma podstaw prawnych do funkcjonowania na terenie danego kraju. Bowiem w Polsce, właściwie nigdzie, nie można jeździć (bezpiecznie) na hulajnodze, a przykładem może być ostatni wyrok sądowy, który nie był przychylny dla hulajnogi, która chciała być pieszym (więcej tutaj).

Miasta, w których uruchamiane są kolejne wypożyczalnie EH, zazwyczaj patrzą ma takie inicjatywy przyjaznym okiem, bo liczą że część osób zrezygnuje z jazdy samochodem na rzecz bardziej ekologicznych środków transportu. Apelują jednak do rządu o uaktualnienie przepisów i nadanie hulajnogom prawa korzystania ze ścieżek rowerowych.

Obecnie użytkownik e-hulajnogi nie może zgodnie z przepisami korzystać ze ścieżki rowerowej ani jezdni. Bowiem za łamanie przepisów grozi mu mandat w wysokości nawet 500 zł. Ponadto użytkownicy e-hulajnóg nie są zobowiązani do ich rejestracji, a co za tym idzie, nie mają obowiązku posiadania polisy OC.